Morley Bad Horsie Wah

Morley Bad Horsie Wah

Morley to obok Dunlopa i VOXa najpopularniejszy producent efektów typu wah-wah. O ile Dunlop może poszczycić się bogatą kolekcją kaczek, wśród których wiele modeli już jest kultowych, a VOX postawił na jakość produkując zaledwie 2 modele (ale za to cieszące się bardzo dobrą opinią), o tyle Morley nie szczyci się nienaganną sławą. Choć pod jego marką powstało sporo modeli w kilku seriach produkcyjnych, to tylko jeden z nich zdobył uznanie na całym świecie. Bad Horsie (który doczekał się kontynuacji w postaci Bad Horsie 2). Duży udział w ustalaniu specyfikacji efektu miał Steve Vai, który reklamuje go swym nazwiskiem i dołączył go do swojego zestawu efektów. Przyjrzyjmy się więc naszej kaczce…

Otwieramy pudełko…

… i naszym oczom ukazuje się szeroka prostokątna podstawa (wyraźnie większa niż w Cry Baby) i umocowany na niej podłużny, trapezowaty pedał. Całość w kolorze czarnym, z czerownym logo firmy i nazwą modelu (iście szatańskie barwy:). Na spodzie efektu widzimy gumowe nóżki i praktyczną, solidną klapkę na baterię. Po bokach input i output oraz wejście na standardowy zasilacz. Zaglądając pod pedał widzimy, że zamocowany jest on na solidnej sprężynie (konstrukcja przypomina spinacz do bielizny:), co sprawia, że pedał chodzi bardzo płynnie i trzyma się solidnie na podstawie. Sprężyna powoduje, że po zdjęciu nogi z pedału samoczynnie powraca on do wychylonej pozycji. Takie rozwiązanie związane jest z tym, że efekt włącza się automatycznie po rozpoczęciu ‘wahania’ i wyłącza się po zdjęciu z niego nogi. Kaczka zbudowana jest na układzie optycznym (brak potencjometru), więc przy normalnej eksploatacji efektu zużywa się w nim praktycznie tylko bateria. Nie czekamy więc dłużej i…

Podłączamy kaczkę do pieca…

…a do kaczki gitarę oczywiście:) Czekając aż nagrzeją się lampy dociskamy parę razy pedał. Chodzi bardzo płynnie, nie za lekko. Po podkręceniu głośności w piecu zauważamy, że efekt nie produkuje żadnych szumów własnych. Uderzamy więc w struny machając pedałem. Jeśli wcześniej nie miało się do czynienia z kaczką zbudowaną na fotodiodach, trudno jest przywyczaić się do kontroli efektu. Przeskok między częstotliwościami jest płynny, ale inny niż w Dunlopach. Jego kontrola jest wyłącznie kwestią przyzwyczajenia. W uszy rzuca się też ‘pyknięcie’ przy przechodzeniu zmianie trybu pracy (bypass/efekt i odwrotnie). Ale jakby nie było, dźwięk ten jest spowodowany nagłym obcięciem dużego pasma wysokich częstotliwości, więc jest nieunikniony (w standardowych kaczkach pojawia się przy wciskaniu włącznika). Z czasem zapamiętuje się miejsce, gdzie leży próg bypassu i można spokojnie kontrolować poziom wahania bez niepożądanego wyłączania efektu.

Na czystym kanale można wyprodukować dużo funkowych dźwięków, trochę Hendrixa, przy szybkim machaniu pedałem uzyskujemy “wodnisty” efekt zbliżony do phasera, czy vibrato (coś jak w Dazed and Confused Led Zeppelin). Nic rewelacyjnego – standardowy wah-wah (aczkolwiek o niebo lepszy od produktów z serii Pro-series Morleya). Prawdziwa jazda zaczyna się po rozkręceniu gainu. Wyraźniej słychać częstotliwościowy zasięg efektu. Kaczka brzmi agresywnie, ma bardzo duży zakres pracy, co pozwala wydobywać z niej pełne, głębokie wahnięcia. Wydaje się być stworzona do pracy na przesterze. Spokojnie wyciągniemy z niej kaczkowanie zarówno Vaia, Satrianiego jak i większych rzeźników;) Bardzo przydatna okazuje się funkcja automatycznego włączania/wyłączania. Jeśli w grę akordową, riffową, czy solową chcemy wcisnąć krótkie motywy, a nawet pojedyncze dźwięki wzbogacone o efekt wah, nie musimy dokonywać akrobacji szybko dociskając przycisk, machając pedałem i dociskając ponownie (jak w przypadku kaczek z włącznikiem). Wyczerpani 10-godzinnym graniem…

…odkładamy kaczkę na miejsce.

Ogólne wrażenia z gry? Nie wstawię tu popularnej tabelki plusy/minusy, bo tak naprawdę wszystko jest względne:) Dla jednych brak equalizerów, włączników, dodatków (np boostera) może być ubóstwem, dla innych, zaś dużą zaletą (prosta obsługa, niezmienny zakres częstotliwości, mniej częsci – mniej problemów). Optyczna konstrukcja jest z jednej strony bardziej żywotna niż tradycyjne potencjometry, ale z drugiej – w przypadku awarii – trudniejsza do naprawy, wymiany. Pozostaje też kwestia przyzwyczajenia. Dunlopowscy konserwatyści pewnie powiedzą “Nie!” Morleyowi. Ja ze swojej strony nie mogę stwierdzić, że jest to najlepsza kaczka na świecie. Mogę za to z całego serca ją polecić i zachęcić do wypróbowania jej. A nuż przypadnie wam do gustu i na stałe zagości w waszym pedalboardzie?

Tagi: Morley Bad Horsie Wah, Steve Vai

Możliwość dodawania komentarzy została zamknięta.